VIP

Bali - Wyspa Tysiąca Świątyń

VIP | 2012-03-20 (16:39)

Piękno w drewnie i kamieniach

"Na Bali głównymi atrakcjami są: wspinaczka na Gunung Agung, nurkowanie wokół wraku Liberty i surfing na wysokiej fali Ulu Watu" - przeczytałem w przewodniku Pascala. Dla mnie jednak okazała się ona przede wszystkim wyspą wspaniałych zabytków, krajobrazów i plaż, z widocznym niemal z każdego miejsca, chociaż przeważnie skrytym w chmurach, najwyższym szczytem "Świętej Góry" - wulkanu Gunung Agung. Obecnie ma on wysokość 3014 m n.p.m. - o 128 metrów niższym niż przed ostatnią wielką erupcją w 1963 roku, z owalnym kraterem o średnicy około 700 metrów na szczycie. Niestety, znajdował się zbyt daleko jak na czas, jaki miałem do dyspozycji. Wymagał ponadto nocnego wejścia, z pokonaniem około 2000 metrów różnicy poziomów i tyluż w drodze powrotnej. Z tej atrakcji musiałem więc zrezygnować.

Ale nie ze świątyń, przynajmniej kilku najważniejszych, oraz zobaczenia balijskich miasteczek i wiosek, które na pierwszy rzut oka też przeważnie wyglądają jak zespoły świątynne, byłem najbardziej zadowolony. Tutejsza architektura przypomina bowiem pagody: z ozdobnymi drzwiami, niezliczonymi posągami i dekoracjami. Zapotrzebowanie na nie jest tak duże, że są całe miejscowości zajmujące się ich wytwarzaniem. Przejeżdżając przez nie mija się tysiące posągów z kamienia, betonu i innych ciężkich materiałów czekających na nabywców. Balijczycy są bowiem mistrzami rzeźby, także - a może przede wszystkim - tej filigranowej w drewnie. W sklepach przy pracowniach i warsztatach artystów obejrzeć można, nierzadko zamierając z zachwytu nad artyzmem ich wykonania, przepiękne dzieła sztuki.

Niestety są one przeważnie bardzo drogie. Za te, które mi się najbardziej podobały, a rozmiary pozwalałyby na zabranie ich do samolotu, żądano po 2-3 tysiące dolarów i więcej. Kilka, a nawet kilkanaście razy więcej niż za podobnie piękne na Cejlonie, w południowo-wschodniej Azji czy na południu Afryki. A próby targowania nie kończyły się zadowalającymi mnie rezultatami. Nie brak na wyspie również artystów malarzy, znakomitych jubilerów, wytwórców batików itp. Jest więc w czym wybierać. Nie wspominając o pięknie zdobionych, wykonanych ze znakomitej jakościowo bawełny i bardzo - na "chińskim" poziomie - tanich miejscowych T-shirtów, wzorzystych koszul i bluzek, sarongów, tkanin "z metra" i wielu innych ciekawych pamiątek.

Mocne wrażenie zrobiły na mnie balijskie świątynie, zwłaszcza wielki ich zespół w sanktuarium Pura Besakih, świątynia Puira Goa Gajach z XI wieku w okolicach Ubudu - miasta słynnego z galerii, muzeów, lokali oraz ciekawych wiosek w jego okolicach, czy Tanah Lot zbudowana na przybrzeżnej wysepce na Oceanie Indyjskim, dostępnej pieszo tylko podczas odpływów. "Świątynia Matka" Pura Besakih, położona na zboczach najwyższej balijskiej góry Gunung Agung, na wysokości około 1000 m n.p.m., jest niezwykle interesującym zespołem 23 sanktuariów. Ich świątynie i kaplice, zbudowane w charakterystycznym stylu z kamienia i drewna, trochę zaskakują bardzo skromnym zdobnictwem. Dotarcie do nich wymaga pokonania ponad kilometra drogi pod górę. Konieczne jest wypożyczenie sarongu, aby okryć nogi, bo w krótkich spodniach czy spódnicach nie wolno wchodzić na górę.

Dookoła pielgrzymów i turystów krążą tubylcy na motocyklach, oferujący podwiezienie i szybko opuszczający cenę za tę usługę, gdy brak chętnych. Bo "drogę pielgrzymów" nawet turystom wypada jednak pokonać na własnych nogach. Do wnętrza świątyń, a nawet na ich dziedzińce, innowiercy nie mają wstępu. Zabytki te mogą oglądać tylko z zewnątrz, podobnie jak większość świątyń hinduistycznych w Indiach czy Nepalu. Chociaż... Gdy z należytym szacunkiem wchodziłem tam owinięty sarongiem, nikt mnie - co prawda nie był to żaden z tradycyjnych dni pielgrzymkowych - nie wypędzał ani nie zwracał mi uwagi na niestosowność takiego postępowania. Udało mi się więc zobaczyć i sfotografować wiele miejsc normalnie niedostępnych.

Byłem i w innych balijskich świątyniach. Najstarszą z nich, z XI wieku, trochę zaniedbaną, była Pura Goa Gajach - Grota Słonia - na zboczu wzgórza, około 4 km od centrum miasta Ubud. W świątyni tej zachowały się, obecnie puste, ale nadal otoczone świętymi posągami, baseny do rytualnych kąpieli, zaś miejscem najważniejszym w niej jest właśnie Grota Słonia z wykutym w skale frontonem oraz dwiema komorami wewnątrz. W jednej stoi kamienny posąg hinduistycznego boga z głową słonia - Ganeśa, w drugiej trzy bazaltowe lingi - symbole płodności.

Malownicze obrzędy

Jeżdżąc po wyspie, mijałem pola ryżowe w różnym stadium wegetacji. Ryż sadzi się tam i zbiera kilka razy do roku: w górach na tarasach, a na nizinach na rozleglejszych polach. Widziałem żniwa i omłoty oraz odwiewanie ziarna wprost na polach, najczęściej metodami stosowanymi od wieków. Ale nieoczekiwanie trafiałem na malownicze obrzędy. Dodam, że Balijczycy kochają się w nich i w ogóle w świętowaniu. Towarzyszą im one od okresu prenatalnego po pogrzeb, a nawet dłużej. Dosłownie. Pierwszy obrzęd dotyczący dziecka odbywa się bowiem po... 6 miesiącach od jego poczęcia . Wielkim świętem są narodziny, chociaż przez pewien czas po nich zarówno matka - przez 42 dni, jak i ojciec oraz noworodek - przeważnie 3-4 dni, uważani są za istoty "nieczyste". Łożysko po urodzeniu się dziecka jest płukane, a następnie wkładane do wnętrza orzecha kokosowego, zawijane w poświęconą tkaninę i zakopywanie w pobliżu domu rodziców. Podobnie pępowina. Uroczyste są nadawanie dziecku imienia, pierwsza rocznica urodzin - po 210 dniach, gdyż tyle liczy rok balijski. Później pojawienie się pierwszego ząbka, postrzyżyny, o ślubie czy pogrzebie, który w tej kulturze nie jest uroczystością smutną i żałobną, nie wspominając. Czci się także pamięć zmarłych.

Wrócę jednak do malowniczych obrzędów, na które trafiłem przypadkowo w wiosce Tampak Spring. Chodzi tu o Święto Plonów Penasaran Odolan, czyli lokalne dożynki. Podobne, nie będące widowiskami dla turystów, lecz odwiecznym obyczajem, odbywają się w setkach innych miejscowości. Ich centrum była hinduistyczna świątynia, w której kapłani odprawiali z wiernymi modły i święcili owoce, warzywa oraz nasiona, a na jej wewnętrznym dziedzińcu tańczono obrzędowe tańce. Najpierw w wykonaniu dziewcząt i kobiet w jednakowych, szarozielonych sarongach do ziemi opasanych dodatkowo czerwonymi szarfami, później przez chłopców w białych strojach i szpiczastych, ozdobionych kwiatami czapkach oraz żółto-czarnych jak gdyby surdutach bez rękawów i zielonych haftowanych szarfach przypominających stuły. Tańczyli z dzidami i bez nich, a obserwowali to świątecznie ubrani mieszkańcy oraz nieliczni przypadkowi, jak ja, goście. Zaś na głównym dziedzicu świątyni kapłani kontynuowali błogosławienie plonów ułożonych na talerzach bądź w miskach. Po czym tłum wylał się ze świątyni na wiejską ulicę. Kobiety niosły do domów na głowach poświęcone produkty, ułożone przeważnie w mniejsze lub większe piramidy, nawet ponad 1,5-metrowej wysokości.

To, co zdołałem zobaczyć na Bali, stanowiło tylko część tego, co tam zobaczyć warto. Najważniejsze na wyspie świątynie, najbardziej popularne miejscowości i miejsca wypoczynkowe oraz kilka z tak licznych i ciekawych obrzędów. Jak tylko więc będę miał ponowną okazję, polecę znowu na tę rajską wyspę, aby zobaczyć ją ponownie oraz znakomicie wypocząć.

Tekst: Cezary Rudziński
Wydanie internetowe: www.magazynvip.pl

1 2
oceń
0
2
Podziel się

Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!